21 stycznia 2019

Ferie – Jakuszyce i Pec

Opublikowano przez Tata z Poznania - 1 komentarz.

News Image

Ferie

Jakiś czas temu podjęliśmy decyzję, że ferie 2019 spędzimy razem w górach. Spróbujemy z Nikosiem wyskoczyć na narty, a na pewno pojedziemy na sanki. Będziemy szaleć w śniegu, bo przecież będzie go mnóstwo. Gdzie jak gdzie, ale w górach śnieg musi być. No i tutaj niemiła niespodzianka. Dojeżdżamy do Mysłakowic, a tutaj zielono i sucho jak w Poznaniu. A po drodze śniegu było dość dużo. Dlatego nie czekaliśmy ani chwili, przebraliśmy się i jeszcze w niedzielę wyskoczyliśmy na polane do Jakuszyc.

Jakuszyce.

Śniegu było mnóstwo. Ludzi mało. Oczywiście sama polana jest idealna dla osób, które kochają narty biegowe. Ja niestety na biegówkach nie jeździłem, choć pewnie chętne spróbuję. Sama polana  jest piękna. Widok jest niesamowity. No ale nie dla widoku tam pojechaliśmy. Przy polanie znajduję się mała górka, idealna na zjazdy na sankach. Przyznaję, że na początek dla nas była wystarczająca. Obok małej górki jest duża, z trasami dla biegaczy. Bokiem można swobodnie zjechać. Oczywiście z kulturą, szanując wytyczone ścieżki biegowe. W Jakuszycach spędziliśmy jakieś 2/2,5 godziny i gdy zaczęło się ściemniać, postanowiliśmy wracać.

Czas przejazdu: ok 40-50 minut, odległość: 34 kilometry. Parking za cały dzień 15 zł, a jak przyjeżdżacie późno jak My – 5 zł.
Droga z Mysłakowic do Jakuszyc była czarna, pięknie odśnieżona i jechało się naprawdę przyjemnie. 

Jedziemy do Pec pod Śnieżką

Rano jak tylko wstaliśmy, sprawdziłem pogodę i okazało się, że dziś jest dzień, kiedy nie wieje na Śnieżce, wiatr w porywach do 300 km/h i możemy się wybrać na wycieczkę. Planując ferie postanowiliśmy, że nie będziemy siedzieć na miejscu, ale postaramy się spędzić czas w miarę aktywnie i pojechać w kilka miejsc. W pierwszej kolejności padło na Pec. Kto mnie zna, wie, że nie jestem chojrakiem, jeśli chodzi o góry. Nie należę do najodważniejszych, gdy trzeba wdrapać się na szczyt, bądź jeśli mamy otwarte przestrzenie. Obiecałem jednak Nikosiowi i Madzi, że wjedziemy na Śnieżkę zimą od Czeskiej strony. Choćby dla samych widoków. Widzieliście kiedyś Śnieżkę na google grafika? Ja widziałem i stwierdziłem, że jako największy cykor jakiego znam, chciałbym zobaczyć to piękno na własne oczy i… pojechaliśmy. Droga, jeśli planujecie jechać do Pecu zimą, jest fatalna. W momencie jak odbijacie na zjazd „Granica Państwa”, robi się tragicznie. Oczywiście jest znak, że zalecają łańcuchy, no ale… nie ma się gdzie zatrzymać, aby je założyć. Jest wąsko, ślisko, śnieżnie i cały czas w górę. Najważniejsze. Jeśli zdecydujecie się jechać, to nie zawrócicie. Po prostu nie ma już gdzie.

Zima.

W końcu jest zima, prawda? Jeśli jest zima, to musi być zimno, a jak jesteśmy w górach, to nie możemy liczyć, że będą czarne odśnieżone drogi. Trzeba sobie poradzić. I warto. Jak dojechaliśmy już do Pecu pod Śnieżką, było naprawdę ślicznie. Śnieżnie, słonecznie i bezwietrznie. Szybko znaleźliśmy miejsce parkingowe, za które przy wyjeździe zapłaciliśmy 150 koron. Ile czasu byliśmy, niestety Wam nie powiem. Długo. Myślę, że bardzo długo. Po pozostawieniu auta na parkingu, wpakowałem Nikosia na sanki i poszliśmy do góry na kolejkę gondolową. Oczywiście można podjechać pod samą górę (zarówno samochodem jak i skibusem), jednak chyba nie po to jedzie się w góry, aby wszędzie jeździć…

Gondola.

Jak dotarliśmy, w kasach zakupiliśmy bilet dla dwóch osób dorosłych. Cena biletu na Śnieżkę i z powrotem – 860 koron. Trochę zabójstwo dla budżetu, ale warto. Dziecko do lat 4,99 i sanki wjeżdżają i zjeżdżają za darmo. Młodzież za 390 koron, a psy i koty za 50 koron.
Naprawdę, ku mojemu zdziwieniu dużo ludzi wjeżdża na Śnieżkę ze zwierzętami. I to nie tylko dużymi, ale znalazła się również miniaturka krzyżówki Dobermana z Rottweilerem czyli Pinczer bądź jak kto woli Rotwajlerek czy tam Ratlerek. Widok z gondoli. Cudo!

 

Śnieżka.

Jak wysiądziecie z gondoli i będziecie wychodzić, to… już jest bajecznie. Wszystko zasypane. Schody dosłownie wyżłobione w lodzie, wszystko w śniegu. Osoby, z którymi miałem przyjemność rozmawiać, a które wchodzą na Śnieżkę kilka razy w roku, opowiadały, że od lat nie było tyle śniegu, ile jest teraz. Mega! Oczywiście jak już decydujecie się wybrać na Śnieżkę, to nie róbcie tego w butach sportowych i jeansach. Niestety przed Naszym wejściem GOPR zabrał dwie ranne osoby, a dzień wcześniej też ratowali Pana Adidasiarza. Rozumiem, że można nie mieć wyobraźni, ale żeby, aż tak? Wracając do Śnieżki, jest niesamowita. Zimą góry robią piorunujące wrażenie. Przynajmniej dla mnie.

Ogrzanie i inne.

Jak będziecie na samym szczycie, to zapewne nie zjedziecie po pięciu czy dziesięciu minutach. Na miejscu jest Czeska hm…
Schronisko to nie jest, ale można wypić coś ciepłego, bądź jak kto woli coś mocniejszego. Za czekoladę, choć dla mnie to było mocniejsze kakao Nesquika, zapłacicie 10 zł. Można płacić zarówno w złotówkach, koronach jak i euro. Pamiętajcie, że jednak w gotówce. No i to, co jest niezwykle istotne jak idziecie z dziećmi. Świetnie się bawią, wspinają, zjeżdżają, etc i nagle możecie usłyszeć złowrogie: „Mama! Tata! Kupa!” No sorry, ale dziecka nie wysadzisz na szczycie góry. Tym bardziej nie zimą. No i zaczęliśmy poszukiwania toalety. Co zimą, nie jest takie proste. Tu wejście zasypane, tu się poślizgniesz, tam musisz zjechać na tyłku aby było szybciej, a… kupa nie wybiera. Tak więc koszt toalety 5 zł, 1 euro bądź 20 koron.

Sanki

Oczywiście jak zabraliście sanki i wydaje Wam się, że na samym szczycie nie są Wam potrzebne, bo nie są. W ogóle! To w drodze na szczyt jak macie małe dziecko, są wybawieniem. A przy zejściu? Jeśli idzie się w górę, to zjeżdża się w dół. No oczywiście jak już z dzieckiem zjeżdża się w dół, to na tę górę kilka razy trzeba wrócić. To tyle w temacie naszego wypadu na Śnieżkę. Zapraszam do obejrzenia krótkiego filmu Nasz wypad na Śnieżkę. I dajcie znać czy Wam się podobało, nie wiem czy chcecie więcej.

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*